Będąc w Argentynie spotkaliśmy dwóch Chilijczyków. Zapytaliśmy ich o sytuację w ich kraju, wiedząc, że nie jest za ciekawie i poważnie zastanawialiśmy się, czy możemy tam jechać. Odpowiedź była jedna: mamy małą rewolucję.
Chile skąpane było w demonstracjach. Bojowych demostracjach. W październiku 2019 zaczęła się tam mała rewolucja – walka o prawa człowieka, o zmianę konstytucji. Na początku 2020 sytuacja powoli się uspokajała, ale to trochę jak tykająca bomba. Nie wiadomo kiedy wybuchnie i zniszczy.
Do Chile przyjechaliśmy w marcu 2020 prosto z Mendozy w Argentynie. Wybierając mieszkanie mieliśmy spore wyzwanie związane z budżetem – niesamowite, że mimo że sytuacja w kraju nie sprzyjała turystyce, to mieszkania dla turystów nie były tanie. Drugie to lokalizacja i nasze wymagania dobrego internetu jak na digital nomadów przystało 🙂 W związku z tym mieliśmy do wyboru jedynie 2 miejsca. Jedno z nich przy dworcu autobusowym, kawałek od centrum, więc bezpiecznie jeśli chodzi o zamieszki związane z demonstracjami. Drugie w centrum, ale parę ulic dalej od centrum zamieszek. Na szczęście z pomocą przyszła grupa expatów w Chile na Facebooku, którzy nam doradzili i zwrócili uwagę na kilka istotnych punktów, o których w ogóle nie myśleliśmy. Mianowicie – będąc w centrum, ale w miarę bezpiecznej odległości od zamieszek, będziemy wbrew pozorom bardziej bezpieczni, ponieważ wszystkie siły policji będą strzegły tam porządku. Im dalej od centrum, tym większa samowola i mniejsza kontrola policji = bardziej niebezpieczne zamieszki. Druga sprawa, to okolica dworca autobusowego nie jest bezpieczna w ogóle, mimo że zdala od zamieszek, miejscowi wykorzystują tę sytuację do rabunków i napadów.
Wybraliśmy więc centrum, mieszkanie na 13 piętrze, piękny widok na miasto i góry w tle. Dwie przecznice dalej przebiegała główna ulica, która prowadziła do kolejnej głównej ulicy – centrum demonstracji. Mimo nieprzyjemnej atmosfery w kraju, cierpienia ludzi, zwykłych ludzi, którzy chcą godnie żyć, w ciągu dnia wszystko toczyło się zupełnie normalnie. Dopiero ok godziny 19-20 wszystko zaczynało się zamykać, wielkie osłony z płyt i blach zasłaniały drzwi i okna budynków i sklepów zabezpieczając je przed zniszczeniami, stragany uliczne zwijały swój interes zwalniając miejsca demonstrantom. Ok godziny 20 przez centralną ulicę miasta zaczynały się przemierzać tłumy ludzi. Zaczęło się rzucanie kamieniami, ustawianie barykad, palenie śmieci na środku ulic, otaczanie przez policję, rzucanie gazu łzawiącego w tłum. Skandowanie, bijatyki, palenie czego się da, niszczenie budynków, sklepików. Zawsze wśród zwykłych ludzi walczących o swoje musi znaleźć się paru rzezimieszków do wzniecania agresji i niszczenia dobra demonstrujących, a nie rządzących. Krajobraz jak po wojnie. Demostracje były prawie codziennie, ale te największe odbywały się w piątki. I gdyby nie pandemia COVID-19, wydawało się, że Chilenos mieli duże szanse na zwycięstwo. Niestety wirus zamknął ludzi w domach i zatrzymał walki, wstrzymał planowane na kwiecień referendum. Pojawiły się ciche protesty z mieszkań, tzw. protesty garnkowe, które polegały na uderzanie łyżkami w garnki. Dźwięk ten roznosił się szeroko z balkonów prawie każdego mieszkania, regularnie ok godziny 22 co niedzielę. Muzyka walki o swoje prawa mówiąca, że mieszkańcy Chile pamiętają i nie przestaną walczyć o swoje.