
To był bardzo długi dzien i gdy to pisze, jeszcze sie nie skończył.
Prawie tydzień przed naszym wylotem z Peru kupiliśmy wszystkie bilety. Wcześniej przedyskutowaliśmy każdą opcję, jaką mieliśmy, przeliczyliśmy to na czas i pieniądze, i wybraliśmy najlepszą dla nas.
Dokładnie zaplanowaliśmy cały wyjazd. Wylot z Arequipa do Piura (200 $) z przesiadką w Limie. Z Piury autobus do Guayaquil w Ekwadorze (130 soles za autobus z siedzeniem typu semi cama). O Piurze mówiliśmy całkiem sporo od jakiegoś czasu. Jeszcze w Paracas myśleliśmy by tam pojechać, ponieważ w tej okolicy są najlepsze plaże w Peru. Jeśli nie na miesiąc, to chociaż na tydzień-dwa. Zatem ostatni dzień w Peru mieliśmy spędzić w Piurze, zjeść dobrą kolację, zrelaksować sie i wieczorem wsiąść w autobus, by po 12 godzinach mieć nowy dom w Ekwadorze. Jacy byliśmy dumni, że wszystko tak pięknie zaplanowaliśmy!
Po bilet lotniczy poszliśmy do Peruvian Airlines i do Latam. Latam oferuje lepszy standard i jakość obsługi niż Peruvian Airlines, i jest przez to droższy. Czasem dwa razy, czasem mniej. Ale warto sprawdzić. Sprawdziliśmy. Od lotu z Peruvian Airlines bilet był droższy o ok 30$. Ale za to lot nie trwa 20 godzin z czego 16 spędzasz na lotnisku w Limie, tylko 6 godzin. Do tego trzeba wziąć pod uwagę pogodę w Peru, szczególnie w porze deszczowej, przez co opóźnienia są prawie gwarantowane. A Latam ma priorytet przy wylotach.
W biurze Latam sprawdziliśmy kilka opcji. Przemyślelismy możliwości i zamiast w piątek, okazało sie, że możemy mieć lot w tej samej cenie w sobotę. Dla nas to była lepsza opcja, więc zdecydowaliśmy się na zakup. Pani w biurze była bardzo obrotna i szybko załatwiła całą sprawę. Ucieszeni pojechaliśmy na drugi koniec miasta, na terminal Terrestre, by kupić bilet na autobus. Skoro mamy lot, trzeba kupić bilet dalej.
Poświeciliśmy na to pół dnia. Dotarcie na terminal pokazało nam szalone możliwości kierowcy, wyścig autobusów przez miasto, bo przecież konkurencja jest ogromna, bo zarabiają od każdego pasażera. Kto złapie ich wiecej, zarobi więcej. Po pół godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce, kupiliśmy bilet i zadowoleni wróciliśmy do domu.
Dwa dni póżniej przez przypadek odkryliśmy, że mamy zły bilet na samolot. Nie taki, o jakim rozmawialiśmy i zamierzaliśmy kupić. Oboje przeoczyliśmy, że ta obrotna pani wbiła nam wylot z Arequipy na późniejszą godzinę, abyśmy krócej czekali w Limie, czego my chcieliśmy uniknąć i właśnie mieć tam więcej czasu. Mieliśmy więc godzinę. Jeśli lot się opóźni, my spóźnimy się na kolejny i stracimy bilet na autobus. Najgorszy scenariusz.
Pojechaliśmy do biura Latam, by spróbować wymienić ten bilet, choć byliśmy prawie pewni, że to się nie uda bez dopłaty.
Nasza obrotna pani tego dnia była chora. Obsłużyła nas inna osoba, równie miła, bilet mogła wymienić, ale za dopłatą. Uspokoiła nas, że nie musimy się niczym martwić, bo lotnisko krajowe w Limie jest małe i wystarczy tylko zmienić bramkę. Nie. Nie wystarczy.
Ale wtedy jeszcze czuliśmy, że damy rade, nie będziemy mieć pecha i wszystko pójdzie zgodnie z planem.
W piatek mieliśmy przepyszny lunch, ceviche, w restauracji polecanej przez wiele osób. Dania ogromne, bardzo dobre. Nawet skusilam sie na ostatnie w Peru pisco sour. Potem dobre ciasto w kawiarni koło domu i można wracać, by się ogarnąć. Spakowaliśmy się dość szybko. Nawet udało się nam obejrzeć odcinek nowego serialu.
Padało prawie całą noc, ale rano zaświeciło słońce, przebijało niebieskie niego. Super! Lot nie był opóźniony. Bez problemu, też jak nigdy, przygotowaliśmy się na rano na wyjazd.
Na lotnisku przy stanowisku obok ktoś też leciał do Piury. Dwie minuty później usłyszeliśmy, że nasz lot do Limy jest opóźniony, wiec na lot z Limy do Piury nie zdążymy. Następny samolot jest o 19:30. Dokładnie wtedy, kiedy nasz autobus do Ekwadoru odjeżdżał.
Opóznienie było przez złą pogodę. Ale jaka zła, jak słońce świeci? Ale w Limie była zła, więc samolot o 6 rano z Limy wyleciał z opóźnieniem więc i przyleci z opóźnieniem i będzie wracać z kolejnym opóźnieniem…
Latam zaproponowało nam bilet do Tumbes, gdy powiedzieliśmy, że chcemy dostać się do Guayaquill w Ekwdorze. Wcześniej sprawdziliśmy loty, i lot tam kosztował 100 $ więcej. Teraz Latam chciał nam zamienić ten lot, dzięki czemu oszczędzimy 6 godzin jazdy autobusem. Z Tumbes do Guayquil jest już tylko 6 godzin podróży. Ok. Nie ma tego złego. Zgodziliśmy się na tę wymianę.
Wylądowaliśmy w Limie i cieszyliśmy sie, że mamy czasu więcej niz godzinę. Musieliśmy przejść przez odprawę ponownie, mimo że bagaż mieliśmy odebrać w Tumbes. Więc to nie tylko zmiana bramki, jak nas zapewniano.
Lotnisko krajowe w Limie wygląda trochę jak centrum handlowe. Spora strefa z fast foodami, wzdłuż alejek sklepy z pamiątkami. Nigdzie nie znajdziesz miejsca do siedzenia. Zostaje podłoga. Zjedliśmy więc bułkę z kozim serem na podłodze i przenieśliśmy się do strefy fast foodów. Poczytaliśmy trochę więcej o Tumbes, do którego lecieliśmy. Już wcześniej wiedziałam, że to miasto nie należy do bezpiecznych i trzeba być ostrożnym. Historie, które Ken opowiedział mi dodatkowo, dołożyły kolejnych obaw.
Zarezerwowaliśmy tani nocleg w pensjonacie z myślą, że albo złapiemy nasz autobus, którym mieliśmy jechać z Piura – w Tumbes miał być około północy, albo następnego dnia kupimy bilet na inny autobus.
W samolocie przypadkowy chłopak zaproponował nam, że możemy zabrać się do centrum z nim i jego kolegą, który miał po niego przyjechać. Rozwiązanie dla nas idealne, bo pierwszym problemem, o który bardzo się martwiłam, to właśnie taksówki z lotniska do centrum, na które trzeba uważać. Cristian okazał się bardzo sympatycznym chłopakiem, który umówił się na wakacje ze swoim przyjacielem ze studiów, który teraz mieszkał w miasteczku na granicy w Ekwadorze. Po odebraniu bagażu rój taksówkarzy otoczył każdego, kto wychodził z lotniska. My spokojnie czekaliśmy na kolegę naszego nowego znajomego. Gdy już wszyscy rozjechali się spod lotniska i na miejscu pozostało dosłownie paru taksówkarzy, okazało się, że kolega, na którego czekamy, nie przyjechał swoim samochodem, tylko również taksówką i będą jechać w przeciwnym kierunku niż my. Ups. Czyli jednak musimy wziąć taksówkę, by dojechać do centrum miasta (20-25 soles). Zapomnieliśmy o przygotowaniu się do tego – lepiej ukryć dokumenty, pieniądze; mieliśmy nawet gaz pieprzowy – schowany w dużym plecaku. Ok, miałam tylko nadzieję, że jakoś dojedziemy i co chwilę sprawdzałam naszą drogę na mapie. Szczęśliwie i bez problemów, taksówkarz wysadził nas pod samym pensjonatem. Miejsce wyglądało dokładnie tak, jak przeczytałam w jednej z opinii oceniającą je na 1 gwiazdkę. Stary budynek jak po szkole, z klasami przerobionymi na pokoje, z zamkniętą kratą przy wejściu, w toalecie woda kapie na tylek – to już moje własne. Krzyklikwy opiekun tego przybytku, ale za to bardzo pomocny w szukaniu pchełki-taxi w deszczu. Pokój pozostawał wiele do życzenia. Pościel brudna, pająk zwisający z wieszaka. No dobra, będę spać w ubraniu. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia.
Wyszliśmy zobaczyć miasto i sprawdzić możliwości wyjazdu na następny dzień. Padał deszcz, cały wieczór, ale to nie przeszkadza tu nikomu i centum tętniło życiem. Natomiast wszystkie dworce były zamknięte. Na dworcu autobusu CIVA, którym mieliśmy jechać z Piury, zobaczyliśmy jednego pracownika. Wyszedł do nas i jak się okazało, nasz autobus zatrzymuje się tutaj w nocy i możemy do niego wsiąść. Według planu miał być około północy, ale ze względu na deszcze, będzie opóźniony ok 2 godzin. Mimo wszystko na dworcu mieliśmy stawić się ok 23 i czekać tam. Cieszyliśmy się i tak, że już niedługo opuścimy to miasto i ruszymy dalej!
Wzięliśmy szybki prysznic i z 60 kg bagażu małą pchełką podczas prysznica z nieba, ulicą zmienioną w rzekę, pomknęliśmy na dworzec. Zamknięty. Mina taksówkarza pokazywała jego dezorientację, co my wyprawiamy o tej porze?! Otwarty. Jednak młody chłopak wciąż tam był, tylko już spał.
Wpuścił nas do środka, leniwy pitbul-ochroniarz ledwo na nas zerknął i zwinął się w jeszcze większy kłębek i zasnął. Zostawiliśmy bagaże, położyliśmy się spać na ławkach wzdłuż ściany. Obudziłam się około 2. Autobus powinien już tu być. Zaraz tu będzie. Wsiądziemy i wygodnie na siedzeniach rozkładanych na 160 stopni, pójdziemy spać na parę godzin.

Nadjeżdża! Zerwaliśmy się z ławek, przeciągnęliśmy bagaże bliżej drzwi. Zwolnił i zatrąbił, raz. Brama była zamknięta. Nie widział nas machąjących do niego w środku. Nie czekając więc za długo, odjechał. Nie mogliśmy wyjść, ponieważ drzwi były zablokowane na noc. Chłopak przybiegł w skarpetkach. Za późno. Tak zaczęła się nasza mało bezpieczna sytuacja mając na uwadze pobyt w mieście o wątpliwej reputacji, w środku nocy, w deszczu, z ciężkimi plecakami i jedną myślą w głowie – nie ufaj. Chłopak wisiał na telefonie przez dobrą godzinę. Powoli traciłam nadzieję, że autobus zawróci po nas. Do pensjonatu nie mogliśmy już wrócić. Było po 3 nad ranem, brama hostelu zamykana była o 23, otwierana o 6 rano. Będziemy spać na dworcu. Byłam przekonana, że chłopak w końcu poddał się. Podczas rozmowy Kena z kierowcą zrozumiałam jedynie, że to nasz problem i nie ważne, że autobus nie zatrzymał się, nie ważne, że mamy bilet, nie ważne, że pracownik agencji zapewnił nas, że będziemy mogli złapać tu autobus. Po prawie kolejnej godzinie podjechał pod dworzec samochód. Wysiadł z niego chłopak, w moim wieku, dużej, otyłej postury. No pięknie. Nasz kierowca. Kolejne pół godziny przekonywali mnie, że nie muszę się o nic martwić, mogę czuć się bezpiecznie, bo zawiozą nas na granicę, gdzie będzie na nas czekał ten autobus. Jasne. Z obcym, wielkim kolesiem mam jechać w środku nocy na granicę z Ekwadorem. Bo autobus będzie na nas czekał. Tak samo jak miał nas zabrać z Tumbes, ale nie bardzo mu się chciało wtedy czekać na nas i nie bardzo mu się chciało po nas zawrócić, gdy chłopak zadzwonił do niego po 5 minutach. Obiecał, że nic nam się nie stanie, a jak autobusu tam nie będzie, wrócimy z nim z powrotem na dworzec. To była dla mnie najbardziej ryzykowna decyzja. Tyle znaków zapytania. A co jeśli jednak nie powinnam ufać? Taksówkarz był z firmy autobusowej. Z centrali znaleźli go dla nas, bezpłatnie, abyśmy mogli wsiąść do autobusu. A co jeśli to nie była prawda? Jeśli to jakiś kolega pracownika i wcale nie ma zamiaru zawieść nas od razu do autobusu? Taksówkarz wyglądał na olbrzyma, my mieliśmy gaz pieprzowy pod ręką.
Jechał jak szalony, cały czas na światłach awaryjnych, przecinając nitki deszczu, który ustał w drodze. Ciemno dookoła, żadnych świateł na drodze. Wierzył, że zna drogę na tyle, że nie wylądujemy w rowie. Ściskałam rękę Kena, żeby tylko to przeżyć i dojechać na miejsce. Mimo wszystko nie panikowałam. Siedziałam w ciszy, patrząc przez okno i modliłam się, by wszystko było dobrze. Dojechaliśmy na granicę. Po autobusie nie ma śladu. Ktoś powiedział, że CIVA nie było tu w ogóle. Dziwne. Przecież minęły już 2 godziny odkąd autobus wyjechał z miasta. Kolejne telefony. Czekamy gdzieś na parkingu, blisko granicy. Deszcz przestał padać, a noc jest ciepła. Cicho wokół. Dowiadujemy się, że taksówkarz często pracuje w nocy. Jest w moim wieku i ma dwoje dzieci, a Polska w Europie to „otro mundo”.
Dostał telefon. Wsiadamy i znów gdzieś jedziemy. Kontrola w okolicy granicy i dojeżdżamy. Autobus stoi. Wszyscy odprawieni, czekają na nas. Nie wierzę. Zapakowali nasze bagaże. Poszliśmy odprawić się i poprosiliśmy o wizę na 90 dni, po czym wsiedliśmy do autobusu i odjechaliśmy. Zasnęłam ze spokojem i obudziłam się rano w Guayaquill w Ekwadorze.