
W sumie niewiele o tym kraju wiedziałam, zanim do niego przyjechałam. Słyszałam, że mają podobną ekonomię i poziom życia jak w Peru, a Guayaquil jest miastem biznesowo ważniejszym od stolicy, czyli Quito. I przez to również droższym, jak nie najdroższym miastem w Ekwadorze.
Pierwszy tydzień był dość ciężki i udało mi się poznać jedynie okolicę 2 km od mieszkania. Bazar, supermarket, małe place zabaw dla dzieci, siłownia, centrum handlowe. Wystarczająco, by ogarnąć potrzebne i przydatne nam do życia rzeczy. Wkrótce po tym były Walentynki. W podróży nie kupujemy sobie prezentów, ponieważ później jest problem z ich pakowaniem, wożeniem, zajmują miejsce i kolejne kilogramy w naszych plecakach. Postanowiliśmy, że pójdziemy na dobrą kolację. Znaleźliśmy polecaną restaurację w centrum miasta, z bardzo wysokimi ocenami. Niestety rozczarowała nas bardzo. Jedzenie nie warte swojej ceny, zupełnie zwyczajne, nie jako potrawa, ale w smaku. Zupełnie jak lunch za 12 soles, które płaciliśmy w Peru, jak jeden z tańszych posiłków.
Ale nie o tym ma być ten wpis. Ekwador totalnie mnie zaskoczył! Sam przejazd autobusem do centrum (powinien zająć ok 30 minut) trwał ok godziny. To dopiero była atrakcja! Wydaje się, że kierowca to tutaj jedna z lepszych funkcji społecznych. Zna każdego, a niektórym pozwala na przejazd bez biletu. Wówczas ci przeskakują przez bramkę, która pika przy każdym zliczaniu pasażera. Niektórzy wpadają do autobusu tylko na przywitanie się z nim. Inni, by podać mu wodę, którą chce kupić korzystając z okazji postoju na czerwonym świetle. Przekrzykują się nawzajem jakby kłócili się na śmierć i życie. W połączeniu z ryczącym silnikiem autobusu jak od starego Stara, wychodzi z tego niezły harmider. Znajomi kierowcy zachowują się jakby byli w swoim domu. Leżą na siedzeniu, głośno rozmawiają przez telefon, co w Warszawie grozi zabiciem wzrokiem Bazyliszka; przeskakują przez barierki, korzystają z kontenerka z wodą należącego do kierowcy, aby przemyć twarz, współdzieląc przy tym ręczniczek jednego z nich. Na przystankach wskakują także biedniejsi mieszkańcy proszący o uwagę i pieniądze. Wskakują, bo autobus zwykle pędzi i na przystanku zatrzymuje się dosłownie na sekundę, więc pozostali pasażerowie, jeśli chcą jechać, muszą wskakiwać do środka. Przypadki tych psażerów są różne. Czasami są to Wenezuelczycy, których sytuacja w ich kraju zmusiła, by szukali lepszego życia gdzieś indziej. Czasami są to Ekwadorczycy zmagający się z dużymi problemami. Wszyscy z nich wyglądają bardzo porządnie. Zdając sobie sprawę, jak trudne mają życie, tym bardziej jest przykro. Niesamowite jest to, że takich osób proszących o pomoc w ciągu godziny jest ok 4-5. I każdy otrzymuje jakieś wsparcie od innych pasażerów. Żaden z nich nie wyjdzie bez pieniędzy. Zwykle mówią o chorobach bliskich, biedzie, trudnościach w znalezieniu pracy, szukaniu sposobu na dorobienie, ponieważ zarobki z ich stałej pracej nie są wystarczające na utrzymanie całej rodziny. Opowiadają swoje historie, sprzedają cukierki, czekoladki, śpiewają, grają. Robią wszystko co potrafią, by uzyskać pomoc. I ją otrzymują.
Jazda autobusem jest atrakcją samą w sobie i dobrym miejscem na poznanie charakteru mieszkańców. Tego bałaganu nie da się opisać. Przekrzykujący się pasażerowie, inni siedzący cicho w swoim świecie, spokojnie czekający na swój przystanek, warczący silnik, kierowca, który gazuje silnikiem jakby chciał przyszpanować nowym ferrari na światłach, do tego ściga się po ulicy z innych autobusem i kłóci się z kierowcą, gdy spotkają się koło w koło obok siebie na drodze. W między czasie wpadający pasażerowie by zaśpiewać swoją „improwizowaną” piosenkę, z głośnikiem przepasanym przez ramię i mikrofonem, aby każdy mógł go usłyszeć w tym hałasie. Swoją drogą nieźle rapują! Inni grają do rytmu potrząsając butelkami wypełnionymi ryżem lub innymi ziarnami. Wokół klaksony samochodów stojących w ogromnym korku, bo każdy uważa, że ma pierwszeństwo. A wszystko to w akompaniamencie lejącego się z nieba deszczu, obijającego dach i szyby autobusu. Muzyka miasta.
Gdy w końcu dojechaliśmy do centrum miasta, nie wiedziałam, w którą stronę spojrzeć. Zachwyciła mnie zróżnicowana architektura budynków, biurowców, starych, zniszczonych, wyglądających na postkomunistyczne, neogotyckich i nowoczesnych. Niesamowite! Część z nich została wyremontowana, odmalowana, część ma charakter ciężkiej kamiennej bryły, inne szklane szyby jak przystało na nowoczesne biurowce. Do tego dużo parków wokół i jeden niesamowity w samym centrum miasta – z iguanami leniwie leżącymi na ziemi, ukrytymi na drzewach, krzaczkach lub w trawie, zupełnie nie zwracającymi uwagi na gapiących się w nich turystów.


Do Ekwadoru przyjechaliśmy w środku pory deszczowej. Podobno w lutym pada tu najwięcej. Nie pada. Leje. Codziennie. Ale to co jest fajne, to nadal jest 30 stopni! Leje więc każdego dnia, i to tak, jakby ktoś na całym niebie włączył prysznic. Nie jest to więc szara polska jesień. To egzotyczne lato, które widać i czuć nawet przy otwartym oknie w domu. Na tę pogodę najlepsze są japonki i krótkie spodenki. Trzeba tylko uważać, by nie wejść w rzekę, która zastąpiła ulicę i unosi teraz wszystkie śmieci. Chodząc chodnikami czuć jak ciepłe są deszczowe kałuże. Radość niedoopisania!
Zobaczymy, co przyniosą kolejne dni w podobno 1 z 11 najnudniejszych miast świata 🙂