
Minął tydzień od kiedy przyleciałam do Brasilii – stolicy Brazylii. Gdy czytałam o tym mieście, wydawało się, że jest interesujące. Inne niż wszystkie, bo całkiem nowe – z 1960 roku. Miało być miastem idealnym. Czy tak jest rzeczywiście?

Nie jest to miasto typowo brazylijskie, jak mogę sobie wyobrażać – tętniące życiem i sambą na ulicach. To tutaj został przeniesiony rząd, więc to tutaj znajduje się centrum dowodzenia krajem. Jest zaplanowane, by wszystko działało jak należy. Nie widać na ulicach żadnej przemocy, niebezpiecznych sytuacji, o których można przeczytać, że dzieją się w innych miastach. Można tu zaparkować rower przed sklepem, nie zabepieczać go i zrobić szybkie zakupy. Ale można też iść kilka kilometrów wzdłuż dużej ulicy i nie znaleźć na niej nic, dosłownie nic, poza suchą trawą i drzewami.
Moje pierwsze wrażenie na temat tego miasta? Jest ono bardzo senne. Nic się w nim nie dzieje. Nie ma tego lokalnego, pozytywnego szaleństwa na ulicach, które miałam okazję zobaczyć w innych krajach Ameryki Południowej. Ludzie nie spacerują po okolicy, wszędzie jest dość pusto. Może to przez upały, jakie są w ciągu dnia – powyżej 30 stopni i pełne słońce. Całe szczęście, że wilgotność powietrza jest niska. Dopiero wieczorami można zobaczyć więcej ludzi w restauracjach, i nadal jest spokojnie.
Jest więc dość dziwnie. Z jednej strony bezpiecznie i spokojnie, z drugiej, czegoś tu brakuje. Jakby to miasto nie miało duszy, nie ma swojego charakteru. Może jeszcze to odkryję. Póki co i tak nie jestem rozczarowana tym miejscem. Podoba mi się tutaj i mam nadzieję, że to miasto zaskoczy mnie nie raz przez ten miesiąc.