To był weekend pełen wrażeń!

W piątek zdałam sobie sprawę, że mam długi weekend. Dzień wcześniej podpisano w Polsce ustawę, ktora dawała wolny poniedziałek – dzień po 11 listopada, 100. rocznicy odzyskania niepodległości Polski.

Szukaliśmy możliwości dostania sie najpierw do rezerwatu przyrody Manu w dżungli, potem do innego miasta zwanego drzwiami do dżungli Puerto Maldonado.

Jeśli chcielibyśmy pojechać tam na własną rękę, potrzebowalibyśmy na to minimum 4 dni. Długa noc w autobusie, potem przesiadka, taksówka, nie wiadomo jak długo i z jakim powodzeniem udałoby nam się dotrzeć tam w miarę szybko i przede wszystkim tanio. A nic nie wskazywało na to, że tanio będzie. Najlepiej by było kupić pełną wycieczkę z biura podróży za minimum kilkaset dolarów i zarezerwować na to również minimum 4 dni. Dla nas nie ma szans. Był wieczór. Agencje turystyczne zaraz będą zamknięte.
Znalazłam! Tani bilet na autobus międzymiastowy z Cusco do miasta w dżungli. Najlepiej ruszyć następnego dnia, bo podróż zajmuje ok 8-10 godzin w jedną stronę. Daleko. Do tego nasza szczepionka na żółtą gorączkę nie była jeszcze aktywna. Potrzebowaliśmy ok 10 dni by zaczęła działać i by uznano ją za ważną. Zdecydowaliśmy, że jednak nie ma sensu tak spontanicznie organizować tej wyprawy i zostajemy w domu. Ale nie ma tego złego…

Następnego dnia czekała na mnie niespodzianka. Zaległy prezent urodzinowy! Busem spod domu wystarczyło jedynie 30 minut, aby znaleźć się za miastem, wśród inkaskich ruin i w otoczeniu zielenii. Tam jest po prostu prze-pięk-nie! Cicho, spokojnie, z dala od klaksonów samochodów i smogu.

Zaraz za Qenco zaczynała się ścieżka do Templo de la Luna i Templo de la Mono. Byliśmy tam wielokrotnie. Tym razem czekały na nas dwa spokoje i piękne konie. Pierwszy raz doświadczyłam jazdy konnej. Może jazdą ciężko to nazwać, ponieważ nie miałam o niej żadnego pojęcia, a mój koń był prowadzony przez przewodnika, ale i tak było super! Po 1,5 godzinie dojechaliśmy do Balcon del Diablo. Skałki, których jedna z formacji układa się w kształcie balkonu. Trudno wyobrazić sobie Inków na tym balkonie, ale Romeo i Julię już tak 😉 Między skałami płynęła rzeka, wokół piękna zieleń i cisza. Po wysokich kamieniach zeszliśmy do rzeki, zdjęliśmy buty i przeszliśmy pod skałami przez rzekę. Szkoda, że byliśmy z przewodnikiem, który ciągle nas popędzał. To było idealne miejsce na piknik. W drodze powrotnej, gdy znaleźliśmy się na szerokim i płaskim terenie, odważyłam się na samodzielne poprowadzenie konia. Był niesamowity! Bardzo grzeczny, spokojny, słuchał się bardzo. To było jedne z lepszych doświadczeń w Cusco, którego nigdy nie zapomnę.

Pamiętam również słońce tego dnia. Pierwszy raz było piękne niebieskie niebo, które w listopadzie było rzadko spotykane. Słońce piekło bardzo, czego nie spodziewałam się w ogóle, a będąc na wysokości ponad 3400 m npm potrafiło przypalić skórę.

Następnego dnia obudził nas wstrząs. Była 6 rano. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Trwało to dosłownie kilka sekund i przez te parę sekund byłam sparaliżowana. W głowie tysiąc myśli i jednocześnie pustka. Trzęsienie ziemi. Skala 4.0. A więc tak to jest. Kilka sekund, które mogą być katastroficzne. Siła 4.0 nie jest duża i nic się nie stało, ale było to dziwne uczucie. Nie da się go porównać do niczego.

Później pojechaliśmy do centrum, by stamtąd udać się na piknik poza miasto. W drodze przez miasto zauważyliśmy ogromne kolejki ludzi. Okazało się, że to kolejki po bilety na mecz, który niedługo miał się zacząć. Zdecydowaliśmy się dołączyć. Nie miałam pojęcia, kto grał. Celem było obejrzenie meczu. Chciałam zobaczyć, jak bawią się Peruwiańczycy. Te ogromne kolejki świadczyły, że był to ważny dla nich mecz i szykuje się świetna zabawa! Aby nie tracić godziny na stanie w kolejce, poszliśmy jeszcze na spacer. Później kupiliiśmy bilety od ulicznego sprzedawcy. Bilety bez miejscówek. Kolejki do wejść na stadion były ogromne. Tłum ludzi, kramy z jedzeniem, policja, harmider. Nie ma sensu stać i czekać aż wejdziemy do środka. Poszliśmy zjeść, by potem spokojnie wejść. A jak się spóźnimy, to nie ma dla nas znaczenia, nie musimy widzieć całej gry.

Spóźniliśmy się jednak i to bardzo. Zarządca stadionu sprzedał za dużo biletów, więc zamknął bramy i nie wpuszczał więcej ludzi, mimo że mieli bilety. My też nie mogliśmy wejść. Nie wierzyliśmy, jak to możliwe. Sprzedać więcej biletów niż są w stanie pomieścić ludzi? Potem zamknąć bramy? Czyli stracimy pieniądze. Nie tylko my, ale setki ludzi. Stadion mieści 40 tysięcy kibiców. Każdy domagał się wejścia. Biegali od bramy do bramy. Szarpali nią, gwizdali, krzyczeli. Byli coraz bardziej wściekli. Łatwo wyobrazić sobie zdenerwowany i oszukany tłum. Sytuacja szybko może wymknąć się spod kontroli. Wokół pojawiało się coraz więcej policji na koniach oraz policyjne konwoje. Ustaliliśmy, że jak cokolwiek zacznie się dziać, uciekamy. Nie będziemy czekać i obserwować. Wszyscy stracili nadzieję, że uda się wejść. W końcu padło hasło, że zarządca zwróci pieniądze za niewykorzystane bilety. Otworzyli jedno okienko. Wszystkie kolejki rzuciły się teraz do jednej, by odzyskać pieniądze. Okienko zamknęli po 10 minutach. Znów rozwścieczony tłum. Po jakimś czasie pojawili się dziennikarze. Zorganizowali małe spotkanie na ulicy informując, że wszyscy odzyskają pieniądze za bilety następnego dnia. Sytuacja została opanowana. Pozostało rozczarowanie, że nie zobaczyliśmy meczu, choć ciekawą obserwacją było patrzenie na reakcje ludzi, ich zachowania w tej sytuacji. Wyobrażam sobie Polskę i reakcje ludzi pod stadionem. Nie obyłoby się bez bijatyki.

Następnego dnia udaliśmy się pod stadion do wyznaczonego okienka i po godzinie stania w kolejce otrzymaliśmy zwrot pieniędzy za bilety.

Similar Posts